Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Toruńskiej im. bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego

Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Toruńskiej

im. bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego

»   Wywiad z ks. Arturem Godnarskim

2016-03-24
Ks. Artur Godnarski
Redakcja Sługi: Chcemy zacząć od pytania o księdza drogę do Chrystusa. Jak ona się kształtowała? Jak Jezus księdza prowadził do siebie i do kapłaństwa?
Ks. Artur Godnarski: To długa historia. Nie jest ona prosta, a dla mnie osobiście jest piękna. Tak jak w życiu każdego z nas, są różne drogi, którymi Pan Jezus nas prowadzi. 

Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to On. Jako młody chłopak miałem na parafii bardzo fajnego, młodego księdza - Rafała. Przyszedł do naszej parafii jako neoprezbiter. Zaproponował chłopakom z młodszych klas podstawówki, żeby zostali ministrantami. Oczywiście wszyscy się zgłosili, ale tak naprawdę zostało nas tylko kilku. Tak rozpoczęła się moja przygoda z Panem Bogiem. Co prawda w mojej rodzinie Pan Bóg był obecny. Pamiętam, jak moja mama uczyła mnie i moją starszą siostrę modlić się i klękać przed Panem Bogiem. W domu modliliśmy się razem. Później, w miarę jak stawaliśmy się dorośli, modliliśmy się sami. Ale gdy byłem maluchem - w drugiej klasie - było dla mnie ogromnym przeżyciem, że mogę stanąć przy ołtarzu Pana Jezusa i być ubranym inaczej niż pozostali ludzie w kościele. Tworzyliśmy fajną paczkę ministrantów, dlatego bardzo mi się to podobało. Starsi ministranci dbali o młodszych i dlatego czuliśmy się przez nich przyjęci do tego fantastycznego grona. Mieliśmy dobrych księży, którzy o nas dbali, co otwierało przed nami nowe perspektywy. Być zaangażowanym przy kościele było niesamowitą frajdą, ponieważ księża organizowali różnego rodzaju wyjazdy i spotkania. Czuliśmy, że jest nad nami opieka w parafii. Dzięki temu ja trafiłem do Ruchu Światło-Życie. Mój ksiądz zaproponował mi wyjazd na Oazę Dzieci Bożych. Jakoś w tym klimacie wzrastałem, tam poznawałem moich kolegów i koleżanki. Moje życie toczyło się w klimacie wierzących dzieci. 
 
W późniejszym czasie do naszej parafii dotarło poprzez świeckich ludzi doświadczenie Odnowy w Duchu Świętym. To było dla mnie coś zupełnie nowego, innego, dlatego, że Ruch Światło-Życie, w którym uczestniczyłem, był ruchem liturgicznym. Pokazywał, jak odkrywać Pana Boga w Piśmie Świętym. To jednak, czego mi brakowało to … myślę … takiej bliskości Boga. W Oazie poznawałem Boga Biblii jako Tego, który jest obecny, jest przy mnie, należy Mu się pierwsze miejsce w moim życiu. Kluczowym jednak stało się dla mnie doświadczenie żywego, bliskiego, kochającego Boga, które zyskałem w odnowie charyzmatycznej. Wielkim odkryciem była dla mnie inna forma modlitwy. W ruchu liturgicznym modlitwa jest poukładana w formuły modlitewne. Były one dobre na tym etapie, żeby wychowywać człowieka do modlitwy. Natomiast przyszedł taki moment, w którym odkryłem, że nie liczy się, ile odmówisz „paciorków” czy psalmów, tylko liczy się to, czy twoje serce się modli, czy spotykasz się z Bogiem na poziomie serca. Formuły modlitewne mogą wyrażać to, co twoje serce czuje, ale nie zastąpią spontanicznej modlitwy, kiedy mówisz Bogu, że np. jest ci źle, że coś cię boli, że bolą cię relacje z innymi ludźmi albo że czegoś nie potrafisz przekroczyć w samym sobie, albo że przeżywasz ogromne szczęście, bo się właśnie zakochałaś i chcesz Bogu opowiedzieć o tej osobie, która jest dla ciebie tak bardzo bliska i tak bardzo ważna. A właśnie doświadczenie odnowy charyzmatycznej przyniosło możliwość tej spontaniczności i bezpośredniości.
 
I przyniosło drugą ważną dla mnie rzecz, mianowicie doświadczenie posługi charyzmatycznej. Mogliśmy widzieć, już jako młodzi ludzie - bo to był okres mojej szkoły średniej - że Bóg konkretnie interweniuje w życie moich kolegów, koleżanek oraz ludzi dorosłych, którzy przychodzili na spotkania. Byliśmy pełni żaru i ognia, tak jak Apostołowie z opisów Dziejów Apostolskich. Byliśmy gotowi wiele rzeczy poświęcić. Był to czas, w którym księża w większości nie rozumieli tego doświadczenia, co dziś może wydawać się dziwne. Był jednak taki starszy ksiądz z parafii oddalonej o 6 km od Nowej Soli, który nie tylko okazywał nam zrozumienie, ale chętnie nas przygarnął w swoim domu parafialnym. Pieszo szliśmy 6 km, żeby być na spotkaniu modlitewnym i później tą samą drogą pieszo wracaliśmy do miasta. Dziś, gdy myślę o tym pomyśle, to sądzę, że było to szalone, zwariowane, ale też kapitalne, bo w tej drodze mieliśmy bardzo dużo czasu, żeby ze sobą przebywać i rozmawiać. Nawiązywały się relacje między nami. Tam powstawały też pierwsze miłości, pierwsze zauroczenia. Tam były pierwsze relacje zwane „chodzeniem ze sobą”. To wszystko temu sprzyjało i tworzyło kapitalną bandę młodych ludzi, dla których Pan Jezus był bardzo ważny. Ten okres doświadczenia odnowy charyzmatycznej powodował, że Słowo Boże dla nas nie było tylko rozpamiętywaniem czegoś, co się wydarzyło kiedyś, ileś tysięcy lat temu, ale dawało taki posmak, że Ewangelia dzieje się też dzisiaj.

Redakcja Sługi: Jak ta droga przebiegała dalej? Czy to był czas, kiedy zaczęły pojawiać się w życiu księdza pierwsze pytania o to, co dalej?


Ks. Artur Godnarski: Tak. Kolejnym etapem wzrostu dla mnie było życie wspólnotowe. Wychowywanie się i przeżywanie wiary w małej grupie dzielenia. Te grupy były podzielone tak, że dziewczyny miały swoje grupy. My, chłopacy, mieliśmy swoje. I tam się zawiązywały nasze przyjaźnie między nami. Dlatego, że spotykaliśmy się na rozważaniu Słowa Bożego, na dzieleniu się tym, co jest w naszym życiu. I tam też dojrzewały nasze pytania o to, co każdy z nas dalej będzie robił. Ja akurat, będąc w szkole średniej, miałem wspaniałych kolegów i koleżanki, z którymi prowadziliśmy teatr. Teatr miał nazwę “Teatr bez nazwy”. W teatrze odgrywaliśmy różnego rodzaju sztuki. Czuliśmy się ze sobą dobrze. Teatr był kapitalnym miejscem naszej zabawy. Bo to była zabawa w teatr, a jednak tam też jakoś dorośleliśmy. Musieliśmy przeżyć te role, w których braliśmy udział. Musieliśmy wczuć się w te role, musieliśmy interpretować całe passusy tego, co się recytowało. To była dla nas fajna szkoła życia, odpowiedzialności i pewnej wrażliwości na to, co przeżywaliśmy.
 
Musicie wiedzieć, że to były ostatnie lata komunizmu. Maturę zdawałem w 1988 roku. To była ostatnia komunistyczna matura. Byliśmy zastraszani, aby nie mówić, aby nie pokazywać się z naszymi poglądami dotyczącymi wiary czy patriotyzmu. Mieliśmy schować swoją wiarę do kieszeni i z tym się nie obnosić. Różni „smutni” panowie odwiedzali nas w szkole, ponieważ na dwa lata przed zakończeniem przeze mnie szkoły średniej sześciu moich kolegów poszło do seminariów duchownych i do klasztorów. Ci panowie w czarnych płaszczach przyszli i nękali dyrektora, nękali wychowawców, pytając, dlaczego nie ukierunkowali tych młodych ludzi, aby tam nie szli. Były groźby, że nie zdamy matury, jeśli będziemy dalej tak postępować, jeśli będziemy dalej się bratać z Kościołem, chodzić na spotkania modlitewne itd. To był trudny czas, ale ja myślę, że też i piękny, bo on wykuwał nasze charaktery. Miałem wówczas zamiar iść do Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu, tam złożyłem dokumenty i myślałem o tym, żeby iść na aktorstwo, dlatego że to bardzo mnie pociągało. Tam miałem też fajnych kolegów i koleżanki, mieliśmy wspólne plany.


Redakcja Sługi: Jak więc doszło do tego, że poszedł ksiądz za Chrystusem?
 
Ks. Artur Godnarski: Przyszedł taki moment, kiedy Pan Jezus mnie zaskoczył. Pewnej nocy w moim domu rodzinnym miałem bardzo ciekawe doświadczenie. Czasami człowiek ma takie doświadczenie, że jest w domu, nie widzi nikogo, np. mamy, ona jest w kuchni, przygotowuje tam jakiś posiłek.  Nie widzisz jej ani nie słyszysz, ale wiesz, że ona jest w domu, że nie jesteś sam. Tej nocy obudziłem się z poczuciem czyjejś obecności w pokoju, w którym spałem. Doświadczenie to było tak mocne, że na głos zadałem pytanie: kto tu jest? W pokoju było zupełnie ciemno. Wstałem więc, zapaliłem światło i zobaczyłem, że w pokoju nikogo nie ma, ale kiedy zgasiłem światło, ta obecność nie ustępowała. Ona stawała się coraz głębsza, coraz bardziej wyraźna. Kiedy doszedłem do łóżka, to już znalazłem się na kolanach. Modliłem się, wiedziałem, że jest ze mną Jezus. Odbyłem z Nim taki bardzo szczery dialog. Jezus mówił mi wiele rzeczy dotyczących mojego życia. I zadał mi też takie bardzo konkretne pytanie: „Czy zgodzisz się na to, aby służyć Mi i ludziom?” Ponieważ ta obecność była tak słodka, tak przyjacielska, tak ciepła ... Niektórzy opisują taki moment spotkania z Chrystusem, jakbyś został otulony miękkim, ciepłym kocem, płaszczem, ogarnięty wielkością Boga. No i w takim doświadczeniu miłości Bożej nie sposób jest ... tzn. masz wolność, możesz powiedzieć Bogu to, co chcesz. Wiedziałem, że mam wolność, że mogę powiedzieć Bogu np. "zaczekaj" albo powiedzieć "nie", albo powiedzieć, że "chciałbym inaczej". Nie ma przymusu moralnego czy jakiegoś innego. Nawiążę do sceny z filmu o kartuzach, którzy zostali zamordowani w północnej Afryce. Jest w tym filmie taka scena, w której dziewczyna przychodzi do mnicha, siada obok niego na ławce i zadaje mu pytanie, czy nigdy nie był zakochany w dziewczynie. On odpowiada, że rzeczywiście był, że miał dziewczynę. Ona więc pyta: to dlaczego zostałeś mnichem? I on odpowiada w kapitalny sposób: "ponieważ wybrałem większą miłość". No i właśnie, ten moment mojego spotkania z Chrystusem – miałem tego głęboką świadomość - mogłem wybrać, co chcę, a jednak to był wybór większej miłości. Powiedziałem: "tak, Jezu. Chcę być Twój. Mówię Ci dzisiaj tak". Nie wiem, ile ta modlitwa trwała, wiem natomiast, że była ona pełna uczuć, pełna bliskości Boga. I tak zasnąłem. Rano, kiedy się obudziłem, doskonale wszystko pamiętałem i byłem tym bardzo poruszony.
 
Natomiast przyszła wtedy taka głęboka świadomość, co ja właściwie odpowiedziałem Bogu. I tutaj zadrżało moje serce. Zacząłem się nad tym bardzo głęboko zastanawiać. To nie tak, że chciałem cofnąć moje słowo – nie. Natomiast wiedziałem, że zostałem zaproszony do bycia w pełni lojalnym wobec Boga. I to nie było wcale dla mnie przykre. Towarzyszyło mi coś innego. Towarzyszyło mi poczucie, że nie jestem godzien czegoś takiego. Takiego powołania, żeby pójść za Panem Jezusem tak na 100%, do końca należeć do Niego. Miałem tego głęboką świadomość. Za to znałem moich kolegów, chociażby tych z grupy dzielenia. Byli bardzo szlachetnymi chłopakami, czy raczej należałoby powiedzieć: mężczyznami. Znałem ich serca, bo uczestniczyliśmy w grupie dzielenia i wiedziałem, że oni bardziej pasowali, żeby być księżmi niż ja. Może też i dlatego, że wcale nie byłem spokojnym dzieckiem i spokojnym młodym chłopakiem.
 
Redakcja Sługi: Czy zdarzały się w księdza życiu chwile zwątpienia? 
 
Ks. Artur Godnarski: Nie było pewne, że będę chrześcijaninem, ponieważ uparcie szukałem prawdy. Wcale to dla mnie nie było takie oczywiste, że w Kościele katolickim jest prawda. Chodziłem do różnych kościołów, różnych denominacji chrześcijańskich. Czytałem też Koran. Chciałem znać inne religie. Stawiałem sobie pytania: kto ma rację? Jaka religia jest prawdziwa? Natomiast na pewno przełomowym momentem pośród tych wszystkich pytań było to osobiste spotkanie z Chrystusem. Nie miałem wątpliwości, że to jest Jezus Chrystus. Tylko towarzyszyło mi to poczucie: dlaczego ja? Dlaczego nie ktoś inny? Nie dlatego, że nie chciałem, lecz dlatego, że czułem się niegodny. Powołanie to nie jest coś, na co można sobie zasłużyć. Natomiast świadomość tego, czym jest powołanie, przychodziło później.
 
Pomogły mi w tym lata studiów (teologicznych) i rozmowy ze wspaniałymi ludźmi, których Bóg stawiał na mojej drodze. I gdybym dzisiaj miał odpowiedzieć, co bardziej sobie cenię - studia czy spotkania z tymi ludźmi - to muszę powiedzieć, że studia na pewno uporządkowały moje myślenie. Nauczyły mnie metody krytycznego myślenia. Nie krytykanckiego, jak to często się spotyka w środowiskach kleryckich. Stara zasada: widzieć, osądzać, działać. Uczyłem się tego, jak czuje Kościół, jak myśli Kościół. Musiałem konfrontować z tym moje zdanie – czy ja tak myślę? Czy to jest moje myślenie? Czy to jest raczej coś, co ja muszę przyjąć z zewnątrz. Były trudne rzeczy dla mnie w Kościele, których ja nie potrafiłem moim małym rozumem pojąć i wtedy przychodził moment, kiedy musiałem zaufać. I muszę powiedzieć, że nigdy się na tym nie zawiodłem. Nie zawiodłem się na zaufaniu wobec Kościoła. Widzę w Kościele ogromną mądrość. Bardzo cenię sobie Kościół w całej mądrości. W tym, jak jest ułożona teologia. My nie mamy naprawdę czego się wstydzić pod względem tego, jak jest usystematyzowana wiara. Wiara nie jest tylko nauką, nie jest tylko jakimś systemem wierzeń. To jest coś o wiele głębiej. I to jest coś kapitalnego, że byli tacy ludzie jak Bonawentura, jak Augustyn, jak Tomasz, którzy poukładali teologię. Jestem zadziwiony pięknem np. prawa kanonicznego. Klerycy nie za bardzo lubią studiować prawo kanoniczne, ale jeśli ktoś zaczyna myśleć sercem, to czytając prawo kanoniczne, zobaczy, że to jest całkiem inne prawo niż stanowione prawo ludzkie, cywilne. Bo w prawie kanonicznym najważniejszą zasadą, jaka jest, jest zawsze zasada miłości. Zawsze szuka się dobra człowieka. Zawsze prawo kanoniczne staje po stronie człowieka. Po stronie dobra człowieka. No i to dla mnie było ważne – nauka, uczenie się, porządkowanie mojego myślenia, uczenie się metody krytycznego myślenia, gromadzenie argumentów, rozróżnianie, czym jest hipoteza, czym jest teza, rozmowa na argumenty. To było wszystko bardzo ważne. Nie chciałbym tego nie docenić, natomiast bardzo ważne dla mnie były spotkania z ludźmi.
 
I kiedy myślę sobie, kogo Bóg stawiał na mojej drodze, kogo spotykałem, wiem, że miałem niesamowite szczęście spotykać autentycznych świadków. Świadków, którzy nie mówili o Bogu teoretycznie, tylko żyli z Bogiem w przyjaźni. Mogłem to widzieć w ich życiu. Jedną z takich bardzo ważnych osób dla mnie na pewnym etapie mojej wiary była pewna kobieta, teraz już świętej pamięci. Miała blisko 70 lat, a ja byłem kilkunastoletnim chłopakiem. Mówiliśmy sobie po imieniu i nie było w tym nic spoufalającego. Traktowaliśmy siebie nawzajem jak bracia i siostry w Chrystusie. Widziałem tę kobietę, która całe swoje życie zawierzyła Jezusowi w szerokiej perspektywie jej życia. Była mężatką, która wychowywała dzieci. Znałem jej rodzinę i dom, w którym mieszkali jej wnuki. Pamiętam, gdy pewnego razu przyjechałem, żeby ją odwiedzić. Wchodzę do jej mieszkania, ona siedziała sobie w fotelu, a w jej dużym pokoju, wszędzie – na łóżkach, na fotelach, na krzesłach, na stołach - wszędzie siedzieli młodzi ludzie. Tam siedziała banda ponad trzydziestu młodych ludzi i ona im po prostu opowiadała o Bogu, a oni słuchali jej z wielką uwagą. Byli zdumieni tym, jak ona o Bogu mówi. Swoją prostotą i dzieleniem się doświadczeniem żywego Boga wychowywała całe pokolenia młodych ludzi. Drzwi w tym domu się właściwie nie zamykały. Służyła im modlitwą wstawienniczą, wysłuchiwała ich różnych trudnych sytuacji, przez które przechodzili. Oni do niej przychodzili, żeby jej opowiedzieć o swoich miłościach, o swoich perypetiach, o decyzjach, które podejmowali. Widziałem, że ona była świadkiem życia w przyjaźni z Jezusem i to był dla mnie bardzo ważny człowiek na tamtym etapie drogi życia. Ponieważ widziałem człowieka świeckiego, żyjącego w małżeństwie, mającego i wychowującego swoje dzieci, który żyje wiarą. I to był dla mnie koronny dowód, że wiara nie jest teorią, ale że wiarą da się żyć w powołaniu małżeńskim. I to było coś kapitalnego.
 
Oczywiście, świadkami wiary byli też księża. Miałem szczęście spotykać fajnych księży, chociaż nie tylko. Nie tylko, bo były też sytuacje bardzo trudne. Miałem taką sytuację spotkania się z księdzem, który przyszedł odprawiać Mszę świętą pijany. Ja byłem wtedy za mały, żeby go zatrzymać, żeby nie poszedł tej Mszy świętej odprawiać. Szliśmy do Mszy i czułem, jak napływają mi łzy do oczu, bo widziałem tragedię i nieszczęście, jaka dzieje się w życiu tego człowieka. To było naprawdę bardzo trudne. A z drugiej strony poznawałem księży, którzy oddali ostatni grosz, ostatnie rzeczy, by służyć ludziom. Którzy tak kochali ludzi, że dla nich - widziałem - wzorem jest Pan Jezus. Miałem takiego kolegę księdza, który wydawał się w pierwszym kontakcie być „jeżozwierzem”; typem – "do mnie nie podchodź". Zaczęliśmy razem pracować na jednej placówce od razu po moich święceniach. I dopiero przez to, że zamieszkaliśmy w jednym domu, mogłem tego człowieka poznać i odkryć, że ten człowiek ma potężne i kochające serce dla ludzi potrzebujących pomocy. Kiedy poszedłem do szkoły, w której uczyłem, poznałem mamę jednej z moich uczennic i ona opowiadała mi o tym, że właśnie ten ksiądz ufundował dziesiątce dzieci posiłki w szkole. Dzieci te były niedożywione, pochodziły z bardzo ubogich rodzin. Później spotkałem jakichś studentów i okazało się, że właśnie ten ksiądz wyłożył na całe ich utrzymanie, żeby oni mogli studiować, bo sami nie mieli takich możliwości. Tylko dlatego wiedziałem o tym – bo on by nigdy o tym nie powiedział – że spotykałem ludzi, którzy się przewijali przez jego dom. Byłem dumny z tego, że mam takiego kolegę, który naprawdę tak ufa Panu Jezusowi, że nie garnie pod siebie, ale jest dla innych ludzi. Poznałem księży, którzy pracowali z ludźmi bezdomnymi. Spotykałem też księży, którzy nie chcieli mieć kontaktów ponad te, które były konieczne. Więc różne te doświadczenia były. Bardzo sobie ceniłem te doświadczenia spotykania świadków wiary. To byli dla mnie ludzie bardzo znaczący, bo oni uczyli mnie, że Ewangelia nie jest od tego, abym kiedyś jako ksiądz mówił tylko mądre kazania. Ale uczyli mnie, że Ewangelią da się żyć. No i to był etap dochodzenia do decyzji, żeby powiedzieć Jezusowi "tak".
 
Redakcja Sługi: Gdy zaczynaliśmy rozmowę, zapytał ksiądz, czy nie łamiemy regulaminu, rozmawiając o tak późnej porze. Pytamy więc o posłuszeństwo i prosimy o słowa zachęty i motywacji, aby i tę naukę Ewangelii praktykować.
 
Ks. Artur Godnarski: Przede wszystkim należy zadać pytanie: co to jest posłuszeństwo? I tego będzie was na pewno uczyła zawsze filozofia, że trzeba stawiać pytania. Co to jest posłuszeństwo? Trzeba wiedzieć, że kapitalną rzecz w to, jak dziś Kościół rozumie posłuszeństwo, wniosła siostra zakonna, św. Urszula Ledóchowska. Wniosła ona do rozumienia Kościoła pojęcie posłuszeństwa dialogowanego. Posłuszeństwo jest piękną rzeczą i wiecie o tym, chociażby z literatury średniowiecznej, że posłuszeństwo jest najkrótszą drogą do zbawienia. Natomiast warto także pamiętać, że posłuszeństwo winno być rozumne. Posłuszeństwo w ogóle, ale to dialogowane w szczególności, zakłada priorytet miłości. Priorytet miłości zarówno od strony podwładnego, jak i od strony przełożonego. Jest to bardzo ważna rzecz, której my w Kościele musimy się uczyć. Posłuszeństwo ma tylko wtedy sens, jeśli jest owocem miłości. Jeśli nie ma miłości, posłuszeństwo staje się kagańcem, staje się ograniczeniem. A gdy my się kochamy, darzymy siebie życzliwością, to posłuszeństwo staje takim słodkim jarzmem. To jest coś naprawdę fajnego, bo to jest taki wentyl bezpieczeństwa. Wiele razy w moim życiu było tak, kiedy musiałem podejmować ważne decyzje, chociażby powołanie do życia naszej wspólnoty, w której żyjemy. To nie było tak, że sobie szedłem, coś tam wymyśliłem i trzy cztery - zakładamy. Wymagało to konsultacji, zbierania świateł, pójście do przełożonych, do biskupa. Na ten proces składała się także modlitwa, pytanie Jezusa: "Jezu, czy Ty tego chcesz? Jeżeli Ty tego chcesz, to potwierdzisz to także przez przełożonych". Wiedziałem, że to nie będzie tak, że nie będzie przeszkód, że nie będzie trudności. Ale podstawą jest dialog, nie zaciśnięte zęby. Nie tak, że uprę się, nakarmię swoje „ego” i dam radę. W ogóle nie o to chodzi.
 
Dlatego Urszula Ledóchowska poprzez wprowadzenie pojęcie posłuszeństwa dialogowanego pokazuje piękną rzecz, że każdy może postawić pytanie: dlaczego? My czasami denerwujemy się, gdy ktoś stawia nam to pytanie. Kogoś o coś prosisz, wydaje się, że ta osoba powinna cię słuchać, a ona przychodzi i zadaje pytanie: dlaczego? Biada temu, kto czuje się atakowany, kiedy ktoś stawia mu pytanie: dlaczego? Trzeba umieć umotywować, dlaczego o coś kogoś proszę. Nie chodzi o to, że ja mam go przekonywać, ale mam pokazać argumenty mojego serca, dlaczego ja mojego brata o to proszę. Dlaczego kogoś, kto jest moim podwładnym, o to proszę? Żeby on mógł czuć się w tej relacji niewykorzystywany. A nawet jeśli chciałbym tego człowieka złamać, złamać jego opór, złamać jego pychę czy zarozumiałość, to muszę umieć mu to powiedzieć. Muszę umieć powiedzieć, dlaczego to robię. Po to, żeby ten brat mną nie wzgardził, żeby nie „kręcił sobie jakichś filmów” na poddaszu swojej wyobraźni, np. że „on chce mnie zniszczyć”, że „on chce mnie złamać”. Natomiast posłuszeństwo dialogowane - tam, gdzie jest dialog, tam, gdzie rozmawiamy ze sobą, tam, gdzie czujemy się bezpiecznie w naszych relacjach ze sobą - uważam, że jest realizacją tego, co powiedział Jezus w 15. rozdziale Ewangelii Jana: "Nazwałem was przyjaciółmi". I takie powinny być relacje między nami. Posłuszeństwo nie może być batem w ręku przełożonego. Posłuszeństwo jest zaworem bezpieczeństwa dla podwładnego, który nie chce przestąpić posłuszeństwa. W moim dwudziestoparoletnim życiu kapłańskim mój przełożony, czyli mój biskup, ani razu nie odwołał się do klauzuli posłuszeństwa w stosunku do mnie. Myślę, że to też coś znaczy, że umiemy ze sobą dialogować, rozmawiać. Biskup nie nakazywał mi niczego pod posłuszeństwem. Może też z powodu tego, że nie byłem krnąbrnym podwładnym. Ale traktuję zawsze posłuszeństwo jako wyraz mojego szukania woli Bożej.
 
Redakcja Sługi: Chcemy jeszcze dopytać o proces przechodzenia z kapłaństwa diecezjalnego do wspólnoty, w której jest ksiądz obecnie. Jak to przebiegało?
 
Ks. Artur Godnarski: To były lata 90-te. Dla mnie przede wszystkim bardzo ważne było głębokie doświadczenie życia wspólnotowego. Nie potrafiłem sobie wyobrazić życia diecezjalnego za zamkniętymi drzwiami plebanii. I to zawsze mi grało mocno w sercu. Na pewno bardzo chciałem żyć między ludźmi, bo taką też drogę wskazywał nam nasz rektor - bp Edward Dajczak. Jest takie bardzo fajne powiedzenie: „księża świeccy”. Kiedyś tak mówiono na księży diecezjalnych. Co to znaczy? Tzn. księża żyjący w świecie. I teraz można w tym świecie żyć na różne sposoby. Bardzo chciałem żyć z ludźmi. To był mój pomysł na dalsze życie i myślę, że to dla nas - księży diecezjalnych - Pan Bóg otwiera właśnie takie drogi życia we wspólnotach, a nie w samotności plebanii. Przychodzi już taki czas, żeby plebanie zaczęły zamieniać się na domy wspólnotowe. Kiedyś była taka fajna nazwa – domy parafialne. I to, co zaproponował chociażby papież Franciszek, żebyśmy przyjmowali umęczonych prześladowaniami i wojną chrześcijan z Syrii. Żebyśmy się nie bali ich przyjąć na plebanię, żeby zamieszkali między nami. I to moje pragnienie bycia wśród ludzi zaowocowało tym, że młodzi ludzie, którzy byli dookoła mnie, powiedzieli: "chcielibyśmy mieć taki dom, w którym czulibyśmy się u siebie i w którym moglibyśmy się wspólnie modlić, w którym moglibyśmy wspólnie pracować". I tak to się zaczęło. Poszczególne osoby deklarowały, że chciałyby spędzić np. rok, pół roku, kilka miesięcy, a później znaleźli się tacy bracia, którzy stwierdzili: "chcemy przyjąć taki styl życia". Tak powstał pierwszy dom, który otrzymaliśmy od naszego biskupa Adama Dyczkowskiego, w którym zamieszkaliśmy na próbę w kilka osób. Grupa zaczęła się rozrastać. Przyszli bracia, którzy stwierdzili, że chcą żyć charyzmatem bycia w służbie Nowej Ewangelizacji i składać śluby rad ewangelicznych. Po pięciu latach otrzymaliśmy kolejny, o wiele większy dom z kościołem pod wezwaniem Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji, w którym teraz prowadzimy życie wspólnotowe. Dom, którego drzwi są otwarte dla każdego - w szczególności dla ewangelizatorów, księży, jak i osób potrzebujących pomocy. Każdy może tu przyjechać, spędzić tyle czasu, ile potrzebuje. Czy to w formie wolontariatu, czy po to, by przeżyć osobiste rekolekcje. Są także pośród nas klerycy, którzy, chcąc bardziej poznać różnorodność i bogactwo Kościoła, mają nadzieję zdobycia doświadczenia życia wspólnotowego w kontekście ewangelizacji. Nasze życie jest proste, oparte na Ewangelii, gdzie liniami przewodnimi są: modlitwa, nauka, praca i ewangelizacja. 
 
Redakcja Sługi: Czy wszyscy z mieszkańców tego domu przygotowują się do kapłaństwa?
 
Ks. Artur Godnarski: Nie wszyscy. Są bracia, którzy niekoniecznie pójdą w stronę kapłaństwa. Mogą też pójść w stronę małżeństwa. Są bracia, którzy odczytują wartość życia w celibacie i na drodze ślubów rad ewangelicznych jako wyższej gotowości do służby braciom i siostrom. Są także i tacy, których Bóg powołuje do życia kapłańskiego. Każdy, niezależnie od powołania, może z nami zamieszkać, jeśli nie na stałe, to na jakiś czas, by zdobyć doświadczenie życia wspólnotowego.
 
Redakcja Sługi: Bardzo dziękujemy za poświęcony czas i rozmowę.
 
Liturgia na dziś »
Zobacz »